Papuk, dzień po dniu, jak magnes przyciąga coraz większą liczbę osób, które są inne; nie nazwałbym ich szalonymi, ale na pewno nie są normalni, a nasza mała społeczność rośnie z dnia na dzień. Jedną z takich historii jest historia Luki, który przeniósł się z równin do jednej z najwyżej położonych wiosek w Slawonii, tej pięknej, nietkniętej górskiej miejscowości, w której mieszka zaledwie kilkunastu mieszkańców. Wszyscy słyszeliśmy różne historie i opowieści, ale ta jest bardziej szalona niż „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków” i brzmi ona następująco:
Pewnego razu, nad rzeką Drawą, wśród złotych pól pszenicy, kiedy miałem zaledwie dwadzieścia kilka lat, poczułem nagły, ostry ból w prawym boku. Początkowo myślałem, że to nic poważnego, ale z upływem dni ból nie ustępował. Po raz pierwszy poszedłem do lekarza. Antybiotyk za antybiotykiem, czas mija, a mi nie jest lepiej. Po długim okresie cierpienia trafiam do szpitala, skulony z bólu, poddawany wszelkim możliwym badaniom. W końcu zostałem wysłany do domu z diagnozą – kamica nerkowa. Powiedziano mi, że ból ustąpi, gdy nerka się oczyści, wraz z kilkoma kolejnymi seriami antybiotyków.
Oczywiście rzeczywistość była inna. Dni mijają, ból nie ustępuje, a wręcz przeciwnie – nasila się i rozprzestrzenia na drugą stronę pleców. Wracam do lekarza, tym razem wyczerpany i z jeszcze większym bólem. Wtedy wyczułem kilka guzków na prawym jądrze. Kiedy poinformowałem o tym lekarza, natychmiast skierowała mnie na prześwietlenie i dalsze badania. Po otrzymaniu wszystkich wyników postawiono diagnozę, która zmieniła moje życie: rak jądra, który rozprzestrzenił się na oba płuca, węzły chłonne, wątrobę, biodra, a nawet głowę…
Poszedłem na badania sam. Byłem tak oszołomiony, że ledwo dotarłem do domu, aby przekazać tę wiadomość rodzinie. Oni, podobnie jak ja, nie mogli w to uwierzyć – przez wiele miesięcy chodziłem do lekarzy i specjalistów, a nikt niczego nie zauważył.
Kilka dni później poddałem się operacji. Usunięto mi guz i po dziesięciu dniach rekonwalescencji zostałem wypisany do domu, ale wtedy rozpoczęła się moja prawdziwa walka – nie tylko z chorobą, ale także z własnym umysłem. Przerzuty były prawie wszędzie. Nie było prawie żadnego narządu, który nie byłby dotknięty chorobą. Prognozują mi co najwyżej sześć miesięcy życia. Grób na cmentarzu Valpovački jest już prawie wykopany, a krewni, przyjaciele i znajomi powoli żegnają się ze mną.
Jednak nie poddałem się. Zaraz po wyjściu ze szpitala zacząłem stosować naturalne terapie: grzyby lecznicze Shiitake, Reishi i Cordyceps militaris; oleje roślinne; surową dietę wegańską; różne herbaty i preparaty ziołowe.
Dzień po urodzinach zaczynam chemioterapię. Myślę sobie: „Cóż za wspaniały prezent”. W głowie odtwarzam najgorsze scenariusze: dni wymiotów, uszkodzenia narządów, całkowite załamanie układu odpornościowego… i w końcu płaska linia na ekranie.
Niemniej jednak postanawiam wierzyć. Poszukuję informacji. Czytam artykuły naukowe na temat grzybów leczniczych i ich działania przeciwnowotworowego. To, o czym prawie nikt w Chorwacji nie wiedział w tamtym czasie, od dawna jest standardem w Japonii – aż 13 zarejestrowanych leków na bazie grzybów jest stosowanych równolegle z chemioterapią, podawanych dożylnie.
Uzyskanie wysokiej jakości ekstraktu było niezwykle trudne. Dzięki ponad setce kontaktów w innym kraju udało nam się zdobyć kapsułki zawierające ekstrakty olejowe – przyjmowałem 16 dziennie, z trzema rodzajami grzybów, w sumie 750 mg na kapsułkę. Chemioterapia i leki inteligentne zaczęły działać od pierwszego dnia, a najbardziej zaskoczyło mnie to, że praktycznie nie wystąpiły żadne spodziewane skutki uboczne. Nie wymiotowałem, moja odporność nie spadła, a żadne narządy nie uległy uszkodzeniu. Pod koniec leczenia byłem całkowicie wyleczony, ku zaskoczeniu lekarzy i wszystkich, którzy mnie znali.
Wiedziałem, dlaczego osiągnąłem tak dobry wynik – i wiedziałem, że nie mogę zatrzymać tej wiedzy tylko dla siebie.
Dwa lata po wyzdrowieniu, z wdzięczności za ten cud natury – organizm, który nie jest ani rośliną, ani zwierzęciem – narodził się pomysł stworzenia Funghezia. Pośpiesznie zakupiłem sprzęt laboratoryjny do ekstrakcji grzybów leczniczych, mając na celu uniknięcie stosowania alkoholu w procesie i stworzenie magicznego eliksiru lepszego od tego, którego sam używałem.
Nie wiedziałem dokładnie, w co się pakuję, ale jedno było pewne – chciałem stworzyć najlepszy możliwy produkt z grzybów leczniczych.
Mój cel? Dożyć stu lat. A do tego czasu codziennie pracować nad jeszcze lepszymi i silniejszymi ekstraktami, które pomogą tysiącom chorych i zdrowych ludzi zachować to, co najważniejsze – ich zdrowie.
Dzisiaj, dziesięć lat po diagnozie, regularnie chodzę na badania kontrolne i prowadzę zdrowe, satysfakcjonujące życie na Papuku, w górach, o których zawsze marzyłem. Nie narzekam na nic, czuję się zdrowiej niż kiedykolwiek.
I to prawda, że człowiek zdrowy ma tysiąc pragnień, ale chory tylko jedno.
To moje osobiste doświadczenia związane z diagnozą i leczeniem; ten post nie stanowi porady medycznej. Każda osoba i każdy przypadek są wyjątkowe – jeśli otrzymałeś diagnozę, ważne jest, aby skonsultować się z onkologiem.
Port
Post na Facebooku „Shumska Ceramica” z dnia 12 sierpnia 2025 r.
